1.
SYBERYJSKA GOLGOTA
2. PIŁSUDSKI W DALESZYCACH
3. HISTORIA PEWNEJ ZNAJOMOŚCI
1. SYBERYJSKA GOLGOTA
Przypadkowo natknęłam się w internecie na obraz, który zmusił mnie do refleksji: ubogi stół wigilijny, nie do uwierzenia, że tak uroczysta kolacja, jedyna w roku, a stół właściwie pusty. Pomyślałam wtedy, że wśród nas mieszkają Sybiracy, więc mogę dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Moja rozmówczyni potwierdziła wiarygodność tego obrazu. Tak wyglądały stoły świąteczne wszystkich Polaków, którzy zostali wygnani w czasie wojny z kraju, w głąb Rosji. Święta Bożego Narodzenia pamięta z czasów, kiedy mieszkali w niewielkiej wsi Drużyłowicze (obecnie na Białorusi), gdzie ojciec był leśniczym. Tam wszystko odbywało się tak jak każe tradycja, a nawet dwukrotnie: raz po polsku, drugi raz kilka dni później po rosyjsku. Była choinka, kolędy, nawet kolędnicy. Potem zostały tylko wspomnienia i słowa rodziców, którzy pilnowali kalendarza i przypominali o polskich świętach. Tam na obczyźnie nie było świąt, niedziel - była tylko bieda i ciężka praca. „...Wszystko zaczęło się w nocy z 10 na 11 lutego 1940 roku. Była mroźna, gwiaździsta noc, walenie do drzwi i uzbrojeni ludzie zabrali ojca. Teraz wiem, że był to pierwszy z zaplanowanych ciągów deportacji (próbna, zerowa odbyła się 9 grudnia 1939 r.). Tylko tej nocy deportowano 320 tys. leśników i osadników z rodzinami, urzędników byłej polskiej administracji. Mama z dwoma starszymi braćmi poszła dowiedzieć się co z ojcem, mnie zostawiła u rosyjskich sąsiadów. Okazało się, że wszystkich „zabranych" zgromadzono w budynku szkoły. Lament, rozpacz, łzy... co dalej, jak poradzić sobie z trójką dzieci? Niebawem następna wizyta „gości" i nakaz natychmiastowego opuszczenia domu. Zaczęło się pospieszne pakowanie dobytku. Opatrzność czuwała nad naszą rodziną - nadzorujący bardzo praktycznie wybierali rzeczy z naszego dobytku. Ojciec miał pasiekę, była w spiżarni beczka miodu, kazali to zabrać, podobnie siekierę, która potem okazała się bardzo cenną. Wszystko zapakowano na sanie i wtedy mama przypomniała sobie, że zostawiła mnie u sąsiadów. Całą czwórkę wraz z dobytkiem zawieziono do szkoły, tam zorganizowano punkt zbiorczy zsyłanych rodzin polskich. Jedyną pociechą było to, że nie byliśmy sami, było tam wiele polskich rodzin i byliśmy w komplecie, ojciec był z nami. Następnego dnia sanie zawiozły nas do Drohiczyna. Cała kolumna eskortowana przez uzbrojonych enkawudzistów dotarła do dworca kolejowego, tam na bocznicy czekał skład bydlęcych wagonów. Drewniane prycze, zakratowane okna i główny element wagonu - mały, żelazny piecyk na środku i trochę węgla przy nim. Po załadowaniu wagonów, skompletowaniu transportu zamykano drzwi na kłódki. Co drugi, trzeci wagon w maleńkiej stróżówce stał uzbrojony rosyjski żołnierz, aby czasami nikt nie uciekł z transportu. Zaczepiono lokomotywę i po kilku szarpnięciach, które tak rozkołysały wagony, że ludzie spadali z prycz, pociąg ruszył w nieznanym nam kierunku. Pamiętam płacz, krzyki, przerażenie ludzi. Teraz wiem, że dla wielu było to ostatnie pożegnanie z Polską. Dla mnie koniec beztroskiego, spokojnego dzieciństwa, miałam dopiero 9 lat. Dla naszej rodziny zaczął się długi, siedmioletni okres wędrówki po Syberii, Uzbekistanie, Iranie i afrykańskiej Rodezji Południowej. W czasie podróży ludzie chorowali, umierali, rodziły się dzieci. Zmarłych en-kawudziści wyrzucali z wagonów, trasa przejazdu transportu uścielona była trupami.W wagonach ziąb nie do opisania, wartownicy raz dziennie otwierali wagony, można było nabrać z parowozu gorącej wody. Jakże przydatną okazała się nasza siekiera - przy jej pomocy mężczyźni wyrąbali otwór w kącie wagonu, który służył nam za ubikację. W kwietniu dotarliśmy do Archangielska. Ogromna syberyjska tajga, mrozy 50, 60 °C.Rozładowano nas i umieszczono w starych drewnianych barakach. Poprzedni transport Polaków wyrzucono z wagonów na śnieg - i tym razem dopisało nam szczęście! W każdym baraku umieszczono kilka rodzin, potem pozwolono budować ścianki działowe, mogliśmy mieć swój pokój. Zaczęła się koszmarna syberyjska egzystencja. Dorosłych wypędzono do pracy. Rąbali tajgę, ładowali drewno na wagony, kobiety i starsze dzieci odrąbywały gałęzie, paliły je.Przy tak niskich temperaturach, kiedy nawet konie nie mogły pracować, Polacy pracowali.Trzeba było wyrobić swoją normę, inaczej nie dostawało się chleba, a co zjeść w środku skutej lodem i zasypanej śniegiem syberyjskiej tajgi? Zresztą nauczyliśmy się żyć głodni, tam nikt nigdy nie najadł się do syta. Pamiętam radość i zaskoczenie, kiedy dotarła do nas przesyłka bezcenna - paczka żywnościowa. Nadawcą okazali się nasi sąsiedzi z Drużyłowicz, u których rodzice dzierżawili obórkę i zostawili tam nasz inwentarz. Nie było sensu przyznawać się do posiadania, NKWD i tak by go zarekwirowało, zostawili w prezencie sąsiadom. I kolejny dowód na Opatrzność - dobrzy ludzie postanowili spłacić dług, podzielili się z nami żywnością. Zmiany klimatyczne, głód, ciężka praca były przyczyną zdziesiątkowania naszych rodaków. To było egzystowanie poza życiem, to była walka o przetrwanie...." 12 sierpnia 1941 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało dekret o amnestii dla niektórych obywateli polskich. Zwolnieniu podlegali także leśnicy i członkowie ich rodzin wysiedleni w 1940 roku na Syberię. Otworzyła się „furtka" - mogliśmy opuścić to ziemskie piekło. Nie wszyscy Polacy z naszego obozu zdecydowali się na wyjazd. Niektóre rodziny zdążyły się zadomowić, otrzymali pozwolenie na wykarczowanie niewielkich poletek, zaczęli uprawiać dla swoich potrzeb warzywa, ziemniaki. Wiele rodzin powstrzymywała świadomość, że tu spoczywają najbliżsi, niektórzy bali się „nowego", nikt nie wiedział, czy to co przed nami nie okaże się jeszcze gorszym piekłem, obecne było znane. Statystyki podają, że tylko 10% Polaków deportowanych na Syberię udało się stamtąd wydostać. Dzięki zdecydowaniu rodziców Bóg umieścił nas pośród tych szczęśliwców. Zapadła decyzja -jedziemy do Uzbekistanu. Pamiętam tłumaczenia ojca: tam będzie ciepło, to południe Rosji, tam są duże kołchozy, będzie praca, jedzenie. Dostaliśmy przydział do kołchozu, gdzieś w Uzbekistanie. Z Syberii trzeba było się najpierw wydostać. Załadowano kolejny transport drewna z tajgi, a my z całym dobytkiem załadowaliśmy się na te sterty drewna i opuściliśmy na zawsze Syberię. Przez dwa dni podróżowaliśmy w takich warunkach, znaleźliśmy się wreszcie na kolejnej stacji, gdzie wraz z innymi Polakami czekaliśmy na transport. Wreszcie dach nad głową, ławki zajęte przez ciężko chorych i nieodzowny, znajomy element - piecyk na środku wagonu. Chorowali starsi, chorowały dzieci, zachorowałam i ja. Niebawem zwolniło się miejsce, starszy mężczyzna leżący na ławce zmarł. Zajęłam jego miejsce, rodzice otulili mnie płaszczami i z niepokojem oczekiwali następnej stacji, gdzie można było skorzystać z porady lekarskiej. Zatrzymaliśmy się wreszcie, to miał być dłuższy postój. Ojciec zaniósł mnie do lekarza, mama pobiegła z nami, a bracia mieli pilnować dobytku w wagonie. Lekarz dał skierowanie do szpitala -miałam silne zapalenie płuc, - ale problemy jeszcze się spiętrzyły: pociąg z braćmi i całym dobytkiem odjechał. Rozpacz,! niczego nie mamy, dzieci odjechały w nieznane, ja chora, nie ma pieniędzy, żadnych zapasów żywności. Znaleźli się dobrzy ludzie. Polacy z następnego transportu, przygarnęli nas do siebie, pomogli. Zatrzymaliśmy się już w Uzbekistanie, pierwsze kroki skierowaliśmy do szpitala. Tam udałam się z mamą, a ojciec ruszył na poszukiwanie chłopców.
W szpitalu wykąpano mnie i ułożono w sali umierających. Jedynym sposobem leczenia były bańki, ale one nie chciały trzymać się na tak wychudzonym ciele. Rokowania były kiepskie, ale byłam niepokorna, mało, ze nie umarłam, ja odzyskiwałam zdrowie. Przez kilka dni byłam nieprzytomna, kiedy wróciła świadomość zobaczyłam na szafce obok łóżka stertę kromek chleba. Okazało się, że przestrzegano zasady: każdemu należy się racja żywności, nawet, kiedy jest nieprzytomny. Ten zapas chleba to także ratunek dla mamy, która koczowała pod szpitalem. Mama zwróciła na siebie uwagę Uzbeków mieszkających w sąsiedztwie, przygarnęli ją do siebie. Chciałam być razem z nią, ale ciągle powtarzała, że musimy zaczekać na chłopców i ojca, jeśli się stąd ruszymy to pogubimy się. Za okazaną pomoc mama odwdzięczała się szyjąc kobietom i dzieciom uzbeckim ubrania, i czekała na ojca. Wrócił, ale chłopców nie znalazł. Rodzice dostali przydział do kołchozu, zamieszkali z inną polską rodziną, pracowali jak inni za trochę żywności, ja oddawałam każdą kromkę chleba zdobytą od chorych i tak stałam się, jak to określała mama: żywicielką rodziny. Tak dalej być nie mogło, wróciłam ze szpitala, ale wiadomości od braci nie było. Mama postanowiła, ze ojciec musi jeszcze raz spróbować ich znaleźć. Zapakowała w chusteczkę kilka „lepioszek" (rodzaj podpłomyków) i ruszył w drogę. Chodził od kołchozu do kołchozu, wypytywał, ktoś ich widział, ktoś o nich słyszał wreszcie znalazł! Wrócił po nas. Po pół roku znowu będziemy razem. Ale droga wydawała się nie mieć końca, ja nie mogłam chodzić, choroba wyniszczyła mój organizm, ojciec często niósł mnie na plecach. Pamiętam, że nawet poprosił przejeżdżającego osiołkiem Uzbeka, aby mnie kawałek podwiózł. Kilkudniowa wędrówka, noclegi „pod gołym niebem", ale każdy dzień bliżej braci. Wreszcie dotarliśmy do dużego kołchozu: długa wieś, kilometrowe ciągi uzbeckich domów. W jednej z tych „kibitek" mieszkali bracia czekając na rodziców. Utrzymywali się sprzedając powoli nasze ubrania. Okazało się, że w czasie kiedy w Uzbekistanie panowała epidemia tyfusu i oni zachorowali. Kolejno trafili do szpitala. Mieli szczęście, szpitale nie mogły pomieścić wszystkich. Nasz uzbecki domek to lepianka bez podłogi, okien i umeblowania. Ściany zbudowane z bloczków ulepionych z gliny zmieszanej ze słomą, z dodatkiem krowiego nawozu, wysuszonych w słońcu. Ściany oblepiono z obu stron gliną. Brak komina, oświetlenia. Potrawy gotowano w kociołku zawieszonym nad paleniskiem, a dym snuł się po lepiance i wychodził otworem pełniącym rolę drzwi. Opałem był chrust i łodygi po zebranej bawełnie. Te łodygi zbieraliśmy skrzętnie, każdą wiązkę można było sprzedać w miejscowej piekarni za dodatkową porcję chleba. Bawełna była naszą żywicielką. Kiedy była praca na plantacjach mieliśmy pożywienie, kiedy jej nie było cierpieliśmy głód. Dźwięk gongu - odgłos uderzeń w żelazo zawieszone na słupie - wydawał się zbawieniem, informował o pracy. Często nie słychać było upragnionego dźwięku! To oznaczało, że kolejny raz pójdziemy głodni spać. Uzbekom powodziło się znacznie lepiej, oni dysponowali pieniędzmi, handlowali na miejscowym bazarze, sprzedawali owoce, warzywa, mięso baranie. My za pracę nie otrzymywaliśmy pieniędzy. Rekompensatą było „mieszkanie" i cokolwiek do zjedzenia. Zasada: „nie rabotajesz, nie kuszajesz" była bardzo przestrzegana. Często podkradaliśmy brukiew na uzbeckich polach, a mama gotowała z niej zupę. Podobnie było z liśćmi „końskiego szczawiu", on też był w naszym jadłospisie. W Uzbekistanie, oprócz morderczej pracy przy bawełnie, poznaliśmy co to głód. To on zmuszał nas do kradzieży, żebractwa. Choroby, zmiany klimatyczne, brak leków, okropne warunki mieszkaniowe i higieniczne dziesiątkowały Polaków, ale najgorszym wrogiem był głód, który powodował najwięcej zgonów. Wyglądaliśmy okropnie: szkielety z wielkimi brzuchami. To cud, że udało się mojej rodzinie przetrwać to kolejne piekło.
Wspomnień wysłuchała A. Oszczepalska
2. PIŁSUDSKI W DALESZYCACH
Postać Józefa Piłsudskiego powinna nam być bliska. Daleszyce, Niwy i Brzechów dostąpiły zaszczytu -przebywał tu Marszałek. W dniach 1-3 listopada 1914 roku w Brzechowie koncentrował się pułk Legionów.
Po potyczkach pod Anielinem — Laskami Józef Piłsudski przygotowywał się do poważnego boju. W istocie doszło do starć z Rosjanami, ale na niezbyt wielką skalę. Marszałek Piłsudski przebywał także w Niwkach Daleszyckich, gdzie istniał poligon wojskowy. 7 sierpnia 1926 roku odwiedził Daleszyce. Żyją jeszcze świadkowie tamtych dni. O wspomnienia poprosiłam panią Martę Predygier - mieszkankę Daleszyc. - "Pamiętam żołnierzy ćwiczących na tzw. Pułankach, pustych polach podworskich.Jednym z nich był Julian Tombarkiewicz. On był „peowiakiem". (PEOWIACY to członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej - tajnej organizacji powstałej w sierpniu 1914 roku z inicjatywy Józefa Piłsudskiego w celu walki z zaborcą rosyjskim). Podobnie synowie Małgorzaty Kozubowej z Targowiska-jeden z nich zostawił pracę na polu i udał się do Brzechowa, gdzie stacjonowały oddziały Piłsudskiego. Kiedy wrócił do Daleszyc miał taki charakterystyczny kożuszek, z wyłożonym futerkiem, przerzucony przez jedno ramię, chyba był ułanem. Duch walki był w narodzie, tego ducha podtrzymywał Kościół, księża z ambony nawoływali do patriotyzmu To cud, to prawdziwy cud, że tę Polskę żeśmy zdobyli. Z niczego. Najmniejsze złamanie nakazów groziło zsyłką na Sybir. To tak jak pisał Mickiewicz: zesłaniec nie mógł unieść kajdanów, ale śpiewał..."Jeszcze Polska nie zginęła'". W sierpniu 1926 roku Marszałek Piłsudski jechał do Daleszyc. Pobiegliśrmy „ na górzyńską drogę, do topolki", bowiem Piłsudski jechał od Górna. Tu byli mieszkańcy Daleszyc: chrześcijanie i Żydzi. Witali Piłsudskiego chlebem, a mała dziewczynka wyrecytowała wierszyk. Sam Marszałek był bardzo przyjemny: wyżej średni wzrost, w szarym mundurze, w „maciejówce". Ucałował witającą go dziewczynkę, a potem udali się wszyscy na Rynek".
Helenka Pakulska – obecnie Pani Helena Kapuścińska – witała przybywającego z wizytą Marszałka. Mimo swojego wieku Pani Helena doskonale pamięta tamten dzień. Oto wspomnienia: „Chodziłam wtedy do ochronki w Domu Ludowym, pani Stanisława Wajgelówna, kierowniczka szkoły, często do nas przychodziła. Przy różnych okazjach recytowaliśmy wierszyki, które nam przynosiła. Ja uczyłam się szybko, ładnie recytowałam i pewnie dlatego wybrała mnie, abym powitała Marszałka Piłsudskiego.To były cztery zwrotki, treści już nie pamiętam.Wyznaczono 6 dziewczynek : mnie, dwie córki wachmistrza, Stasię Nowakowską (Furmanek)i Pakulską ( umarła jako młoda dziewczyna). Z bukietami polnych kwiatów czekałyśmy z innymi na „sadzawkach”.
Daleszyce przygotowywały się na przyjazd Piłsudskiego. Pasaliśmy gęsi na „pułankach”, kiedy budowano okazałą bramę powitalną (obecnie jest tam zakład kamieniarski p. Furmanka). Tego dnia przy bramie zebrał się tłum ludzi: byli żołnierze, orkiestry, władze Daleszyc, przedstawiciele gminy żydowskiej. Był leśniczy Piotrowicz z Niw, który walczył przy boku Piłsudskiego. Nagle od Górna nadjechał jeżdziec, koń prawie nie dotykał ziemi, a on krzyknął : Marszałek jedzie! Nadjechało auto , zaczęło się powitanie, wyrecytowałam swój wierszyk, Marszałek szczerze mnie ucałował , posadził na kolanach i wjechaliśmy do Daleszyc. Na rynku ( obok banku) czekały tłumy mieszkańców. Jakiś żołnierz wyniósl mnie z taksówki, oddał p. Kierowniczce, a cała świta ruszyła przed budynek starej gminy. Potem Marszałek wraz z oficerami, władzami gminnymi i legionistami udali się do Domu Ludowego”.
Daleszyce mogą być dumne z wizyty tak wspaniałego GOŚCIA w 1926r.
Ale ogólnonarodowe celebrowanie 90-lecia odzyskania niepodległości kolejny raz przemilcza znaczący wkład naszych prababek w ukonstytuowanie się nowoczesnego społeczeństwa w porozbiorowej Polsce. Dzięki wieloletniemu wysiłkowi ruchu kobiecego we wszystkich zaborach w Dekrecie Naczelnika Państwa- Józefa Piłsudskiego o ordynacji wyborczej z dn. 28 listopada 1918 roku znalazł się jednoznaczny zapis: Wyborcą do Sejmu jest każdy obywatel państwa,bez różnicy płci, który do dnia ogłoszenia wyborów ukończył 21 lat.
90 -lecie odzyskania niepodległości to także 90 – lecie uzyskania praw wyborczych przez polskie kobiety.
Zainteresowanym pobytem J. Piłsudskiego w Brzechowie w dn. 1 – 3
listopada 1914 roku proponuję T. Kasprzyckiego „ Kartki z dziennika oficera
I Brygady” i najnowsze opracowanie Jerzego i Stanisława Osieckich -
„ Legionowym szlakiem”.
Anna Oszczepalska
3. HISTORIA PEWNEJ ZNAJOMOŚCI
Kiedy w 2005 roku przeszukiwałam inernet natknęłam się na Dalesice położone w Czechach. Zaintrygowana zaczęłam zbierać coraz więcej informacji, aż wreszcie po ustaleniu adresu urzędu miasta zdecydowałam się zredagować kilka zdań w imieniu TPZD. Niedługo czekaliśmy na odpowiedź. Okazało się, że na południu Czech, niedaleko Brna, nad rzeką Ihlawa położone jest miasteczko o tej samej nazwie. Położone na wyżynie -398 m.n.p.m, niewielkie - liczące 600 mieszkańców. Najbliższe większe miasto miasto to Trebice. Przez miasto płynie potok Olesna. Miasteczko zajmuje powierzchnię 1138 ha. Pierwsza pisemna wzmianka pochodzi z 1125 roku, kiedy powstał tu trebicki lkasztor benedyktynów. Pod koniec XIII wieku powstał klasztor św. Marii Magdaleny, który w XVI wieku wytworzył tu jakby niewielkie oddzielne państwo. W okresie husycyzmu dochodziło tu do bezlitosnych walk. W 1425 roku cesarz Zygmunt przyłączył Dalesice do Czech. W klasztorze osiedliły się husyckie oddziały Prokopa Wielkiego, które w 1430 roku klasztor spaliły. Dalesice zmienieły właścicieli, a w 1564 roku uzyskały prawa miejskie. Klasztor odbudowano, a w XVIII wieku przekształcono w barokowy zamek.Zachowała się brama wjazdowa, park. W zamku znajduje się kościół św. Piotra i Pawła. W 1972 roku zawieszono trzy nowe dzwony. Zrekonstruowano kaplicę Św. Krzyża, która w 1703 r. spłonęła. W podziemiach kaplicy znajduje się rodzinny grobowiec Diller -Hessu. Godne uwagi są kapliczki św.Nepomucena.św. Rocha i św. Floriana. Ważną budowlą miasteczka jest szkoła wybudowana w 1903 roku.W okresie II wojny Dalesice były jednym z centralnych punktów walk z faszyzmem. W okolicznych lasach skupiała się partyzantka. 7 kwietnia 1945 Niemcy zbombardowali miasteczko. Zginęło 29 mieszkańców, wielu trafiło do obozów koncentracyjnych. Owo wydarzenie upamiętnia pomnik stojący obok szkoły.Na początku XVII wieku zbudowano w Dalesicach browar. Wytwarzane w nim piwo znane było w szerokiej okolicy. W 1977 roku browar zamknięto. wynajął go reżyser Jiri Menzel. aby kręcić film na podstawie literatury
Bohumila Hrabala. Znacznej dewastacji uległ otaczający browar park.W 2002 roku wznowiono warzenie piwa. Urząd miasta w części browaru,korzystając z funduszy unijnych . urządził muzeum browarnictwa i filmu "Postrzyżyny".
Obiekty te są ciekawostką dla zwiedzających. Nawet ta garść informacji wystarcza, aby dostrzec wiele zbieżnych momentów historii naszych miasteczek. Znalezione miasto bliźniacze nasunęło nam pomysł nawiązania bliższych kontaktów. Rozpoczęła się wymiana listów, życzeń, utrzymywaliśmy kontakt e-milowy.Przyszedł czas , aby poznać się osobiście i dlatego postanowiliśmy zaprosić na organizowaną 10 czerwca 2007 roku SASINADĘ przedstawicieli Dalesic. Przybył Starosta ( burmistrz) - Jaroslav Zadrazil i jego zastępca - Rudolf Spacek. Wizyta była krótka ( 2 dni) , ale sympatyczna dla obu stron.Wnios kujemy tak na podstawie artykułu w lokalnej gazecie "Zpravodaj", którą otrzymaliśmy z Czech. Kilka miesięcy potem otrzymaliśmy "pozvan z Dalesic" - zaproszenie. Postanowiliśmy , że pojedzie oficjalna delegacja z burmistrzem Wojciechem Furmankiem na czele i podpiszemy porozumienie o współpracy. W naszej delegacji znaleźli się ponadto: Anna Oszczepalska- prezes TPZD, Jan Cedro - dyr. Gimnazjum i Norbert Wojciechowski- dyr. MGOK. Spotkaliśmy się z niespotykanie ciepłym przyjęciem.Obejrzeliśmy najważniejsze obiekty, zabytki. Zorganizowano nam nawet wizytę w elektrowni jądrowej DUKOVANY. Wystarczyły dwa dni, aby przekonać się o sympatii ludzi, ze pozyskaliśmy nowych przyjaciól. 2 stycznia 2009 roku odwiedziliśmy Dalesice ponownie. TPZD zorganizowało wyjazd, aby pokazać nasze tradycje świąteczne. Zabraliśmy grupę młodzieży gimnazjalnej, która zaśpiewała polskie kolędy, "nasz" ksiądz odprawił w koncelebrze Mszę Św., przygotowaliśmy namiastkę wigilijnej kolacji z opłatkiem , pierogami, kapustą. Wszyscy uczestnicy mile będą wspominać wizytę u czeskich przyjaciól. Doświadczyliśmy wspaniałego przyjęcia, ogromnej życzliwości, serdecznej gościnności. Teraz czekamy na rewizytę.
/A O /
2. PIŁSUDSKI W DALESZYCACH
3. HISTORIA PEWNEJ ZNAJOMOŚCI
1. SYBERYJSKA GOLGOTA
Przypadkowo natknęłam się w internecie na obraz, który zmusił mnie do refleksji: ubogi stół wigilijny, nie do uwierzenia, że tak uroczysta kolacja, jedyna w roku, a stół właściwie pusty. Pomyślałam wtedy, że wśród nas mieszkają Sybiracy, więc mogę dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Moja rozmówczyni potwierdziła wiarygodność tego obrazu. Tak wyglądały stoły świąteczne wszystkich Polaków, którzy zostali wygnani w czasie wojny z kraju, w głąb Rosji. Święta Bożego Narodzenia pamięta z czasów, kiedy mieszkali w niewielkiej wsi Drużyłowicze (obecnie na Białorusi), gdzie ojciec był leśniczym. Tam wszystko odbywało się tak jak każe tradycja, a nawet dwukrotnie: raz po polsku, drugi raz kilka dni później po rosyjsku. Była choinka, kolędy, nawet kolędnicy. Potem zostały tylko wspomnienia i słowa rodziców, którzy pilnowali kalendarza i przypominali o polskich świętach. Tam na obczyźnie nie było świąt, niedziel - była tylko bieda i ciężka praca. „...Wszystko zaczęło się w nocy z 10 na 11 lutego 1940 roku. Była mroźna, gwiaździsta noc, walenie do drzwi i uzbrojeni ludzie zabrali ojca. Teraz wiem, że był to pierwszy z zaplanowanych ciągów deportacji (próbna, zerowa odbyła się 9 grudnia 1939 r.). Tylko tej nocy deportowano 320 tys. leśników i osadników z rodzinami, urzędników byłej polskiej administracji. Mama z dwoma starszymi braćmi poszła dowiedzieć się co z ojcem, mnie zostawiła u rosyjskich sąsiadów. Okazało się, że wszystkich „zabranych" zgromadzono w budynku szkoły. Lament, rozpacz, łzy... co dalej, jak poradzić sobie z trójką dzieci? Niebawem następna wizyta „gości" i nakaz natychmiastowego opuszczenia domu. Zaczęło się pospieszne pakowanie dobytku. Opatrzność czuwała nad naszą rodziną - nadzorujący bardzo praktycznie wybierali rzeczy z naszego dobytku. Ojciec miał pasiekę, była w spiżarni beczka miodu, kazali to zabrać, podobnie siekierę, która potem okazała się bardzo cenną. Wszystko zapakowano na sanie i wtedy mama przypomniała sobie, że zostawiła mnie u sąsiadów. Całą czwórkę wraz z dobytkiem zawieziono do szkoły, tam zorganizowano punkt zbiorczy zsyłanych rodzin polskich. Jedyną pociechą było to, że nie byliśmy sami, było tam wiele polskich rodzin i byliśmy w komplecie, ojciec był z nami. Następnego dnia sanie zawiozły nas do Drohiczyna. Cała kolumna eskortowana przez uzbrojonych enkawudzistów dotarła do dworca kolejowego, tam na bocznicy czekał skład bydlęcych wagonów. Drewniane prycze, zakratowane okna i główny element wagonu - mały, żelazny piecyk na środku i trochę węgla przy nim. Po załadowaniu wagonów, skompletowaniu transportu zamykano drzwi na kłódki. Co drugi, trzeci wagon w maleńkiej stróżówce stał uzbrojony rosyjski żołnierz, aby czasami nikt nie uciekł z transportu. Zaczepiono lokomotywę i po kilku szarpnięciach, które tak rozkołysały wagony, że ludzie spadali z prycz, pociąg ruszył w nieznanym nam kierunku. Pamiętam płacz, krzyki, przerażenie ludzi. Teraz wiem, że dla wielu było to ostatnie pożegnanie z Polską. Dla mnie koniec beztroskiego, spokojnego dzieciństwa, miałam dopiero 9 lat. Dla naszej rodziny zaczął się długi, siedmioletni okres wędrówki po Syberii, Uzbekistanie, Iranie i afrykańskiej Rodezji Południowej. W czasie podróży ludzie chorowali, umierali, rodziły się dzieci. Zmarłych en-kawudziści wyrzucali z wagonów, trasa przejazdu transportu uścielona była trupami.W wagonach ziąb nie do opisania, wartownicy raz dziennie otwierali wagony, można było nabrać z parowozu gorącej wody. Jakże przydatną okazała się nasza siekiera - przy jej pomocy mężczyźni wyrąbali otwór w kącie wagonu, który służył nam za ubikację. W kwietniu dotarliśmy do Archangielska. Ogromna syberyjska tajga, mrozy 50, 60 °C.Rozładowano nas i umieszczono w starych drewnianych barakach. Poprzedni transport Polaków wyrzucono z wagonów na śnieg - i tym razem dopisało nam szczęście! W każdym baraku umieszczono kilka rodzin, potem pozwolono budować ścianki działowe, mogliśmy mieć swój pokój. Zaczęła się koszmarna syberyjska egzystencja. Dorosłych wypędzono do pracy. Rąbali tajgę, ładowali drewno na wagony, kobiety i starsze dzieci odrąbywały gałęzie, paliły je.Przy tak niskich temperaturach, kiedy nawet konie nie mogły pracować, Polacy pracowali.Trzeba było wyrobić swoją normę, inaczej nie dostawało się chleba, a co zjeść w środku skutej lodem i zasypanej śniegiem syberyjskiej tajgi? Zresztą nauczyliśmy się żyć głodni, tam nikt nigdy nie najadł się do syta. Pamiętam radość i zaskoczenie, kiedy dotarła do nas przesyłka bezcenna - paczka żywnościowa. Nadawcą okazali się nasi sąsiedzi z Drużyłowicz, u których rodzice dzierżawili obórkę i zostawili tam nasz inwentarz. Nie było sensu przyznawać się do posiadania, NKWD i tak by go zarekwirowało, zostawili w prezencie sąsiadom. I kolejny dowód na Opatrzność - dobrzy ludzie postanowili spłacić dług, podzielili się z nami żywnością. Zmiany klimatyczne, głód, ciężka praca były przyczyną zdziesiątkowania naszych rodaków. To było egzystowanie poza życiem, to była walka o przetrwanie...." 12 sierpnia 1941 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało dekret o amnestii dla niektórych obywateli polskich. Zwolnieniu podlegali także leśnicy i członkowie ich rodzin wysiedleni w 1940 roku na Syberię. Otworzyła się „furtka" - mogliśmy opuścić to ziemskie piekło. Nie wszyscy Polacy z naszego obozu zdecydowali się na wyjazd. Niektóre rodziny zdążyły się zadomowić, otrzymali pozwolenie na wykarczowanie niewielkich poletek, zaczęli uprawiać dla swoich potrzeb warzywa, ziemniaki. Wiele rodzin powstrzymywała świadomość, że tu spoczywają najbliżsi, niektórzy bali się „nowego", nikt nie wiedział, czy to co przed nami nie okaże się jeszcze gorszym piekłem, obecne było znane. Statystyki podają, że tylko 10% Polaków deportowanych na Syberię udało się stamtąd wydostać. Dzięki zdecydowaniu rodziców Bóg umieścił nas pośród tych szczęśliwców. Zapadła decyzja -jedziemy do Uzbekistanu. Pamiętam tłumaczenia ojca: tam będzie ciepło, to południe Rosji, tam są duże kołchozy, będzie praca, jedzenie. Dostaliśmy przydział do kołchozu, gdzieś w Uzbekistanie. Z Syberii trzeba było się najpierw wydostać. Załadowano kolejny transport drewna z tajgi, a my z całym dobytkiem załadowaliśmy się na te sterty drewna i opuściliśmy na zawsze Syberię. Przez dwa dni podróżowaliśmy w takich warunkach, znaleźliśmy się wreszcie na kolejnej stacji, gdzie wraz z innymi Polakami czekaliśmy na transport. Wreszcie dach nad głową, ławki zajęte przez ciężko chorych i nieodzowny, znajomy element - piecyk na środku wagonu. Chorowali starsi, chorowały dzieci, zachorowałam i ja. Niebawem zwolniło się miejsce, starszy mężczyzna leżący na ławce zmarł. Zajęłam jego miejsce, rodzice otulili mnie płaszczami i z niepokojem oczekiwali następnej stacji, gdzie można było skorzystać z porady lekarskiej. Zatrzymaliśmy się wreszcie, to miał być dłuższy postój. Ojciec zaniósł mnie do lekarza, mama pobiegła z nami, a bracia mieli pilnować dobytku w wagonie. Lekarz dał skierowanie do szpitala -miałam silne zapalenie płuc, - ale problemy jeszcze się spiętrzyły: pociąg z braćmi i całym dobytkiem odjechał. Rozpacz,! niczego nie mamy, dzieci odjechały w nieznane, ja chora, nie ma pieniędzy, żadnych zapasów żywności. Znaleźli się dobrzy ludzie. Polacy z następnego transportu, przygarnęli nas do siebie, pomogli. Zatrzymaliśmy się już w Uzbekistanie, pierwsze kroki skierowaliśmy do szpitala. Tam udałam się z mamą, a ojciec ruszył na poszukiwanie chłopców.
W szpitalu wykąpano mnie i ułożono w sali umierających. Jedynym sposobem leczenia były bańki, ale one nie chciały trzymać się na tak wychudzonym ciele. Rokowania były kiepskie, ale byłam niepokorna, mało, ze nie umarłam, ja odzyskiwałam zdrowie. Przez kilka dni byłam nieprzytomna, kiedy wróciła świadomość zobaczyłam na szafce obok łóżka stertę kromek chleba. Okazało się, że przestrzegano zasady: każdemu należy się racja żywności, nawet, kiedy jest nieprzytomny. Ten zapas chleba to także ratunek dla mamy, która koczowała pod szpitalem. Mama zwróciła na siebie uwagę Uzbeków mieszkających w sąsiedztwie, przygarnęli ją do siebie. Chciałam być razem z nią, ale ciągle powtarzała, że musimy zaczekać na chłopców i ojca, jeśli się stąd ruszymy to pogubimy się. Za okazaną pomoc mama odwdzięczała się szyjąc kobietom i dzieciom uzbeckim ubrania, i czekała na ojca. Wrócił, ale chłopców nie znalazł. Rodzice dostali przydział do kołchozu, zamieszkali z inną polską rodziną, pracowali jak inni za trochę żywności, ja oddawałam każdą kromkę chleba zdobytą od chorych i tak stałam się, jak to określała mama: żywicielką rodziny. Tak dalej być nie mogło, wróciłam ze szpitala, ale wiadomości od braci nie było. Mama postanowiła, ze ojciec musi jeszcze raz spróbować ich znaleźć. Zapakowała w chusteczkę kilka „lepioszek" (rodzaj podpłomyków) i ruszył w drogę. Chodził od kołchozu do kołchozu, wypytywał, ktoś ich widział, ktoś o nich słyszał wreszcie znalazł! Wrócił po nas. Po pół roku znowu będziemy razem. Ale droga wydawała się nie mieć końca, ja nie mogłam chodzić, choroba wyniszczyła mój organizm, ojciec często niósł mnie na plecach. Pamiętam, że nawet poprosił przejeżdżającego osiołkiem Uzbeka, aby mnie kawałek podwiózł. Kilkudniowa wędrówka, noclegi „pod gołym niebem", ale każdy dzień bliżej braci. Wreszcie dotarliśmy do dużego kołchozu: długa wieś, kilometrowe ciągi uzbeckich domów. W jednej z tych „kibitek" mieszkali bracia czekając na rodziców. Utrzymywali się sprzedając powoli nasze ubrania. Okazało się, że w czasie kiedy w Uzbekistanie panowała epidemia tyfusu i oni zachorowali. Kolejno trafili do szpitala. Mieli szczęście, szpitale nie mogły pomieścić wszystkich. Nasz uzbecki domek to lepianka bez podłogi, okien i umeblowania. Ściany zbudowane z bloczków ulepionych z gliny zmieszanej ze słomą, z dodatkiem krowiego nawozu, wysuszonych w słońcu. Ściany oblepiono z obu stron gliną. Brak komina, oświetlenia. Potrawy gotowano w kociołku zawieszonym nad paleniskiem, a dym snuł się po lepiance i wychodził otworem pełniącym rolę drzwi. Opałem był chrust i łodygi po zebranej bawełnie. Te łodygi zbieraliśmy skrzętnie, każdą wiązkę można było sprzedać w miejscowej piekarni za dodatkową porcję chleba. Bawełna była naszą żywicielką. Kiedy była praca na plantacjach mieliśmy pożywienie, kiedy jej nie było cierpieliśmy głód. Dźwięk gongu - odgłos uderzeń w żelazo zawieszone na słupie - wydawał się zbawieniem, informował o pracy. Często nie słychać było upragnionego dźwięku! To oznaczało, że kolejny raz pójdziemy głodni spać. Uzbekom powodziło się znacznie lepiej, oni dysponowali pieniędzmi, handlowali na miejscowym bazarze, sprzedawali owoce, warzywa, mięso baranie. My za pracę nie otrzymywaliśmy pieniędzy. Rekompensatą było „mieszkanie" i cokolwiek do zjedzenia. Zasada: „nie rabotajesz, nie kuszajesz" była bardzo przestrzegana. Często podkradaliśmy brukiew na uzbeckich polach, a mama gotowała z niej zupę. Podobnie było z liśćmi „końskiego szczawiu", on też był w naszym jadłospisie. W Uzbekistanie, oprócz morderczej pracy przy bawełnie, poznaliśmy co to głód. To on zmuszał nas do kradzieży, żebractwa. Choroby, zmiany klimatyczne, brak leków, okropne warunki mieszkaniowe i higieniczne dziesiątkowały Polaków, ale najgorszym wrogiem był głód, który powodował najwięcej zgonów. Wyglądaliśmy okropnie: szkielety z wielkimi brzuchami. To cud, że udało się mojej rodzinie przetrwać to kolejne piekło.
Wspomnień wysłuchała A. Oszczepalska
POWRÓT
2. PIŁSUDSKI W DALESZYCACH
Postać Józefa Piłsudskiego powinna nam być bliska. Daleszyce, Niwy i Brzechów dostąpiły zaszczytu -przebywał tu Marszałek. W dniach 1-3 listopada 1914 roku w Brzechowie koncentrował się pułk Legionów.
Po potyczkach pod Anielinem — Laskami Józef Piłsudski przygotowywał się do poważnego boju. W istocie doszło do starć z Rosjanami, ale na niezbyt wielką skalę. Marszałek Piłsudski przebywał także w Niwkach Daleszyckich, gdzie istniał poligon wojskowy. 7 sierpnia 1926 roku odwiedził Daleszyce. Żyją jeszcze świadkowie tamtych dni. O wspomnienia poprosiłam panią Martę Predygier - mieszkankę Daleszyc. - "Pamiętam żołnierzy ćwiczących na tzw. Pułankach, pustych polach podworskich.Jednym z nich był Julian Tombarkiewicz. On był „peowiakiem". (PEOWIACY to członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej - tajnej organizacji powstałej w sierpniu 1914 roku z inicjatywy Józefa Piłsudskiego w celu walki z zaborcą rosyjskim). Podobnie synowie Małgorzaty Kozubowej z Targowiska-jeden z nich zostawił pracę na polu i udał się do Brzechowa, gdzie stacjonowały oddziały Piłsudskiego. Kiedy wrócił do Daleszyc miał taki charakterystyczny kożuszek, z wyłożonym futerkiem, przerzucony przez jedno ramię, chyba był ułanem. Duch walki był w narodzie, tego ducha podtrzymywał Kościół, księża z ambony nawoływali do patriotyzmu To cud, to prawdziwy cud, że tę Polskę żeśmy zdobyli. Z niczego. Najmniejsze złamanie nakazów groziło zsyłką na Sybir. To tak jak pisał Mickiewicz: zesłaniec nie mógł unieść kajdanów, ale śpiewał..."Jeszcze Polska nie zginęła'". W sierpniu 1926 roku Marszałek Piłsudski jechał do Daleszyc. Pobiegliśrmy „ na górzyńską drogę, do topolki", bowiem Piłsudski jechał od Górna. Tu byli mieszkańcy Daleszyc: chrześcijanie i Żydzi. Witali Piłsudskiego chlebem, a mała dziewczynka wyrecytowała wierszyk. Sam Marszałek był bardzo przyjemny: wyżej średni wzrost, w szarym mundurze, w „maciejówce". Ucałował witającą go dziewczynkę, a potem udali się wszyscy na Rynek".
Helenka Pakulska – obecnie Pani Helena Kapuścińska – witała przybywającego z wizytą Marszałka. Mimo swojego wieku Pani Helena doskonale pamięta tamten dzień. Oto wspomnienia: „Chodziłam wtedy do ochronki w Domu Ludowym, pani Stanisława Wajgelówna, kierowniczka szkoły, często do nas przychodziła. Przy różnych okazjach recytowaliśmy wierszyki, które nam przynosiła. Ja uczyłam się szybko, ładnie recytowałam i pewnie dlatego wybrała mnie, abym powitała Marszałka Piłsudskiego.To były cztery zwrotki, treści już nie pamiętam.Wyznaczono 6 dziewczynek : mnie, dwie córki wachmistrza, Stasię Nowakowską (Furmanek)i Pakulską ( umarła jako młoda dziewczyna). Z bukietami polnych kwiatów czekałyśmy z innymi na „sadzawkach”.
Daleszyce przygotowywały się na przyjazd Piłsudskiego. Pasaliśmy gęsi na „pułankach”, kiedy budowano okazałą bramę powitalną (obecnie jest tam zakład kamieniarski p. Furmanka). Tego dnia przy bramie zebrał się tłum ludzi: byli żołnierze, orkiestry, władze Daleszyc, przedstawiciele gminy żydowskiej. Był leśniczy Piotrowicz z Niw, który walczył przy boku Piłsudskiego. Nagle od Górna nadjechał jeżdziec, koń prawie nie dotykał ziemi, a on krzyknął : Marszałek jedzie! Nadjechało auto , zaczęło się powitanie, wyrecytowałam swój wierszyk, Marszałek szczerze mnie ucałował , posadził na kolanach i wjechaliśmy do Daleszyc. Na rynku ( obok banku) czekały tłumy mieszkańców. Jakiś żołnierz wyniósl mnie z taksówki, oddał p. Kierowniczce, a cała świta ruszyła przed budynek starej gminy. Potem Marszałek wraz z oficerami, władzami gminnymi i legionistami udali się do Domu Ludowego”.
Daleszyce mogą być dumne z wizyty tak wspaniałego GOŚCIA w 1926r.
Ale ogólnonarodowe celebrowanie 90-lecia odzyskania niepodległości kolejny raz przemilcza znaczący wkład naszych prababek w ukonstytuowanie się nowoczesnego społeczeństwa w porozbiorowej Polsce. Dzięki wieloletniemu wysiłkowi ruchu kobiecego we wszystkich zaborach w Dekrecie Naczelnika Państwa- Józefa Piłsudskiego o ordynacji wyborczej z dn. 28 listopada 1918 roku znalazł się jednoznaczny zapis: Wyborcą do Sejmu jest każdy obywatel państwa,bez różnicy płci, który do dnia ogłoszenia wyborów ukończył 21 lat.
90 -lecie odzyskania niepodległości to także 90 – lecie uzyskania praw wyborczych przez polskie kobiety.
Zainteresowanym pobytem J. Piłsudskiego w Brzechowie w dn. 1 – 3
listopada 1914 roku proponuję T. Kasprzyckiego „ Kartki z dziennika oficera
I Brygady” i najnowsze opracowanie Jerzego i Stanisława Osieckich -
„ Legionowym szlakiem”.
Anna Oszczepalska
POWRÓT
3. HISTORIA PEWNEJ ZNAJOMOŚCI
Kiedy w 2005 roku przeszukiwałam inernet natknęłam się na Dalesice położone w Czechach. Zaintrygowana zaczęłam zbierać coraz więcej informacji, aż wreszcie po ustaleniu adresu urzędu miasta zdecydowałam się zredagować kilka zdań w imieniu TPZD. Niedługo czekaliśmy na odpowiedź. Okazało się, że na południu Czech, niedaleko Brna, nad rzeką Ihlawa położone jest miasteczko o tej samej nazwie. Położone na wyżynie -398 m.n.p.m, niewielkie - liczące 600 mieszkańców. Najbliższe większe miasto miasto to Trebice. Przez miasto płynie potok Olesna. Miasteczko zajmuje powierzchnię 1138 ha. Pierwsza pisemna wzmianka pochodzi z 1125 roku, kiedy powstał tu trebicki lkasztor benedyktynów. Pod koniec XIII wieku powstał klasztor św. Marii Magdaleny, który w XVI wieku wytworzył tu jakby niewielkie oddzielne państwo. W okresie husycyzmu dochodziło tu do bezlitosnych walk. W 1425 roku cesarz Zygmunt przyłączył Dalesice do Czech. W klasztorze osiedliły się husyckie oddziały Prokopa Wielkiego, które w 1430 roku klasztor spaliły. Dalesice zmienieły właścicieli, a w 1564 roku uzyskały prawa miejskie. Klasztor odbudowano, a w XVIII wieku przekształcono w barokowy zamek.Zachowała się brama wjazdowa, park. W zamku znajduje się kościół św. Piotra i Pawła. W 1972 roku zawieszono trzy nowe dzwony. Zrekonstruowano kaplicę Św. Krzyża, która w 1703 r. spłonęła. W podziemiach kaplicy znajduje się rodzinny grobowiec Diller -Hessu. Godne uwagi są kapliczki św.Nepomucena.św. Rocha i św. Floriana. Ważną budowlą miasteczka jest szkoła wybudowana w 1903 roku.W okresie II wojny Dalesice były jednym z centralnych punktów walk z faszyzmem. W okolicznych lasach skupiała się partyzantka. 7 kwietnia 1945 Niemcy zbombardowali miasteczko. Zginęło 29 mieszkańców, wielu trafiło do obozów koncentracyjnych. Owo wydarzenie upamiętnia pomnik stojący obok szkoły.Na początku XVII wieku zbudowano w Dalesicach browar. Wytwarzane w nim piwo znane było w szerokiej okolicy. W 1977 roku browar zamknięto. wynajął go reżyser Jiri Menzel. aby kręcić film na podstawie literatury
Bohumila Hrabala. Znacznej dewastacji uległ otaczający browar park.W 2002 roku wznowiono warzenie piwa. Urząd miasta w części browaru,korzystając z funduszy unijnych . urządził muzeum browarnictwa i filmu "Postrzyżyny".
Obiekty te są ciekawostką dla zwiedzających. Nawet ta garść informacji wystarcza, aby dostrzec wiele zbieżnych momentów historii naszych miasteczek. Znalezione miasto bliźniacze nasunęło nam pomysł nawiązania bliższych kontaktów. Rozpoczęła się wymiana listów, życzeń, utrzymywaliśmy kontakt e-milowy.Przyszedł czas , aby poznać się osobiście i dlatego postanowiliśmy zaprosić na organizowaną 10 czerwca 2007 roku SASINADĘ przedstawicieli Dalesic. Przybył Starosta ( burmistrz) - Jaroslav Zadrazil i jego zastępca - Rudolf Spacek. Wizyta była krótka ( 2 dni) , ale sympatyczna dla obu stron.Wnios kujemy tak na podstawie artykułu w lokalnej gazecie "Zpravodaj", którą otrzymaliśmy z Czech. Kilka miesięcy potem otrzymaliśmy "pozvan z Dalesic" - zaproszenie. Postanowiliśmy , że pojedzie oficjalna delegacja z burmistrzem Wojciechem Furmankiem na czele i podpiszemy porozumienie o współpracy. W naszej delegacji znaleźli się ponadto: Anna Oszczepalska- prezes TPZD, Jan Cedro - dyr. Gimnazjum i Norbert Wojciechowski- dyr. MGOK. Spotkaliśmy się z niespotykanie ciepłym przyjęciem.Obejrzeliśmy najważniejsze obiekty, zabytki. Zorganizowano nam nawet wizytę w elektrowni jądrowej DUKOVANY. Wystarczyły dwa dni, aby przekonać się o sympatii ludzi, ze pozyskaliśmy nowych przyjaciól. 2 stycznia 2009 roku odwiedziliśmy Dalesice ponownie. TPZD zorganizowało wyjazd, aby pokazać nasze tradycje świąteczne. Zabraliśmy grupę młodzieży gimnazjalnej, która zaśpiewała polskie kolędy, "nasz" ksiądz odprawił w koncelebrze Mszę Św., przygotowaliśmy namiastkę wigilijnej kolacji z opłatkiem , pierogami, kapustą. Wszyscy uczestnicy mile będą wspominać wizytę u czeskich przyjaciól. Doświadczyliśmy wspaniałego przyjęcia, ogromnej życzliwości, serdecznej gościnności. Teraz czekamy na rewizytę.
/A O /
POWRÓT